Hipnotyzer, czyli jak zepsuć świetną historię…

Kiedy dowiedziałam się, że autorem ekranizacji książki Larsa Keplera „Hipnotyzer” był Lasse Hallström – zapłonęłam z pożądania. Od razu pomyślałam sobie: Co gryzie Gilberta Grape’a, Wbrew regułom, Czekolada i Mój przyjaciel Hachiko. Cztery wspaniałe filmy – świetna reżyseria, z genialną obsadą i muzyką. I te sceny, które zapadają w pamięć tak mocno, że jestem w stanie je odtwarzać po latach. Do tego w sumie trzy nominacje do Oscara i solidna baza w postaci genialnego, szwedzkiego kryminału. To nie mogło się nie udać. A jednak.

Powieść „Hipnotyzer” wpadła mi w ręce dość niedawno, choć została wydana w 2013 roku. Moje poprzednie doświadczenia ze szwedzkimi kryminałami były znikome – jak większość ludzi sięgnęłam po sagę „Millenium”. O dziwo – nie przypadła mi ona do gustu. Już po pierwszych kilku rozdziałach domyśliłam się zakończenia. Moje poszukiwania dobrych skandynawskich książek zaczęły się po tym, jak przeczytałam thriller psychologiczny duńskiego duetu, piszącego pod pseudonimem „A.J. Kazinski” – Sen i Śmierć. Choć jest to mój absolutny numer jeden to Hipnotyzer i tak spełnił skryte pragnienia, by zanurzyć się w lekturze i zapomnieć o całym świecie. W historii tej urzekła mnie przede wszystkim narracja i zaskakująca fabuła. Nie ma tu typowego bohatera, a zdarzenia w książce opowiadane są z perspektywy czterech osób. Dzięki temu czytelnik płynie przez akcję czując się wręcz tak jakby oglądał film.

Filmowy strzał w dziesiątkę

Właśnie dlatego uznałam, że ekranizacja tej historii będzie sukcesem. Ale zgrzyt pojawia się już w pierwszej scenie, kiedy fabuła filmu wyłamuje się z fabuły książki. Może to kwestia mnogości wątków, z którymi w żaden sposób nie umieli poradzić sobie scenarzyści (Hallström i Vacirka)? A może próbowano uniknąć kontrowersji lub chciano zaniżyć kategorię wiekową dla widzów filmu? Pewne jest, że przy zachowaniu wersji oryginalnej w Teletygodniu, obok tytułu, raczej nie widniałby napis „za zgodą rodziców” a wielki czerwony kwadrat. Dlaczego jednak autorzy zdecydowali się zrobić film, w którym nie wiadomo o co chodzi?

Zawiła fabuła

Erik Maria Bark – tytułowy hipnotyzer –  mógłby równie dobrze być skoczkiem linowym i wyszłoby na to samo. Smutne jest też to, że scenariusz całkowicie niszczy i spłyca trudną relacje Erika z jego żoną, którą Kepler skrzętnie nabudowywał przez wiele rozdziałów, by poprowadzić swoich bohaterów do ostatecznej walki. Z kolei Joona Linna, komisarz Rikskrimu od najtrudniejszych spraw, bardziej w swym zachowaniu przypomina policjanta z drogówki i jedyne, co ma wspólnego z książkowym pierwowzorem to “fiński zaśpiew”. Dodatkowo, co chyba najistotniejsze, najbardziej szokujące zwroty akcji i wątki zostały w filmie pominięte, a jeden z nich – główna oś historii – wymyślona na nowo. I to na dodatek kiepsko. Z wielowątkowej opowieści powstała miałka opowiastka bez morału. Wniosek z tego płynie taki – jeśli ktoś widział film i uznał całą historię za stratę czasu niech wymaże to z pamięci i biegnie do księgarni. Jedno z drugim ma wspólny jedynie tytuł.

img_3814

Aldona

Dodaj komentarz