Jonna Jinton: kobieta, która rozmawia ze zwierzętami

Zza domu docierają do nas przytłumione i ciche śmiechy. Co jakiś czas małe głowy wychylają się zza węgła, ciekawsko spoglądając w naszą stronę. Kiedy Jonna spostrzega tę grupkę, uśmiecha się serdecznie. Speszone dzieciaki uciekają i zaczynają wydawać okrzyki, przypominające indiańskie śpiewy. Ich głosy niesie echo po zamglonym wzgórzu. „Próbują naśladować mój kulning”.

Życie na wsi w północnej części Szwecji nie jest łatwe. Zimą śnieg potrafi sypać nieustannie przez kilka dni, dobijając temperaturą dwudziestu stopni mrozu. Już jesienią zapada tu wieczna noc, a latem, choć jest ono bardzo krótkie, słońce prawie wcale nie chowa się za horyzont. W okna co i rusz zaglądają dzikie zwierzęta, bo dla nich, w tym miejscu, człowiek powinien być tylko gościem. Do Grundtjärn prowadzi bezimienna, kilkunastokilometrowa, szutrowa droga przez środek lasu. Daleko stąd do sklepu, stacji benzynowej, nie widać świateł miasta. Trzeba tu żyć zgodnie z naturą i według pór roku. Trzeba tę naturę kochać całym sercem, bo wdziera się w każdy zakątek życia jej mieszkańców. A jest ich tu na stałe tylko dziesięcioro. Jonna Jinton wybrała właśnie takie życie. Porzuciła szkołę pielęgniarską w Göteborgu i piękne mieszkanie w centrum miasta. Przeniosła się do miejsca, które pamiętała z dziecięcych lat. Do miejsca, w którym pozostawiła najlepsze wspomnienia i swoje serce – do domu, w którym urodziła się i wychowa jej mama.

Historia jej rodziny w tym miejscu sięga dwunastu pokoleń. Spokój tkwił w najgłębszych jej korzeniach. Göteborg nie dał jej żyć, zamęczył ją pędem i hałasem, więc uciekła. Pierwsza zima na odludziu była dla niej próbą sił. Całą energię włożyła w remont i ocieplanie starej chaty. Codziennie martwiła się o jutro i o to, czy będzie miała z czego żyć. Chciała pozostać tu na zawsze, ale nie umiała znaleźć swojej ścieżki. Jednak w tej małej wiosce na końcu świata odnalazła spokój i siebie. Zaczęła malować abstrakcje, czerpiąc inspirację z natury. Swoje rozterki przekładała na słowa i umieszczała na blogu. Z dnia na dzień czytało go coraz więcej osób, pojawiało się coraz więcej komentarzy i słów podziwu. To dało jej siłę. Wśród obserwatorów znalazł się też Johan, który namiętnie komentował jej wpisy. Nie ukrywał fascynacji sposobem jej życia i nią samą. Zaczęli pisać ze sobą wiadomości. Okazało się, że on też uciekł od zgiełku miasta do chaty w lesie, w której mieszka razem ze swoim kotem. Kolejne wiadomości ujawniały coraz więcej wspólnych pasji, celów i marzeń. W końcu też spotkali się w Grundtjärn i zakochali w sobie bez pamięci. W ogóle nie zwlekali z decyzją o zamieszkaniu razem. Od pierwszej chwili, w której się poznali, stali się najlepszymi przyjaciółmi, a dziś są również partnerami w biznesie.

Johan w skupieniu poleruje srebrny wisiorek. Na całej ścianie wisi różnego rodzaju biżuteria. Niektóre prace są niedokończone, inne odłożone na bok w pośpiechu. Kolejne, ozdobione z niezwykłym kunsztem, gotowe do zapakowania w czarne pudełka. On też jest artystyczną i niespokojną duszą. Kiedy ja fotografuje go przy pracy, Jonna zza mojego ramienia, przygląda mu się z wypiekami na twarzy. W jej oczach widać dumę, a w powietrzu unosi się zapach miłości. Tam szczęście wypełnia każdy milimetr. To doskonałe warunki do pracy twórczej i poszukiwania swoich korzeni.

Tradycja odżywa

Teraz w Grundtjärn Jonna ma wszystko to, co kocha najbardziej. Przyrodę, ukochanego Johana, rodziców, swoją pracownię, psa, dwa koty i… Swoją krowę Gwiazdę (Stjärna). Wykupiła ją z mleczarni, by uchronić ją przed ciężkim losem, jaki czeka wszystkie krowy mleczne. Sama stara się na co dzień żyć jak weganka, choć czasem ludzka natura daje o sobie znać. Kiedy zjada kawałek mięsa, ma do siebie pretensje ale najwyraźniej ciało tego potrzebuje. Życie zgodnie z naturą nauczyło ją nie tylko szacunku do przyrody, ale też zachęciło do odkrywania i pielęgnowania nieznanych jej wcześniej tradycji. Bo kulning był w jej rodzinie od pokoleń. Z dzieciństwa pamięta, jak techniki kulningu używała jej prababcia, by przed zapadnięciem zmroku zwołać w jedno miejsce stado krów, które często rozproszone było w pobliskim lesie. Ten specyficzny język komunikacji między człowiekiem a zwierzęciem sięga średniowiecza. Skandynawscy pasterze nie tylko przywoływali w ten sposób krowy, owce i kozy, ale wysokie tony miały też odstraszać wilki i niedźwiedzie. Jonna wiele godzin spędziła samotnie w lesie, ćwicząc swoją przeponę, a głusza z dnia na dzień przerywana była przez coraz wyższe dźwięki, wydobywające się z jej drobnego ciała. Kiedy po raz pierwszy stanęła na wzgórzu pastwiska i zaśpiewała dla krów, jej zaskoczenie przerosło najśmielsze oczekiwania. W ciągu kilku chwil otoczyło ją całe stado. I właśnie wtedy to poczuła. Wiedziała, że jej życiową misją musi stać się walka, by ta tradycja nigdy nie została zaprzepaszczona. Ćwiczyła, spotykała się ze starszyzną, odnalazła wszystkich, którzy mają jakąkolwiek wiedzę na ten temat. Poszła o krok dalej. Nagrała siebie w trakcie kulningu i wrzuciła do Sieci. Nie spodziewała się, że już następnego ranka film będzie mieć setki tysięcy udostępnień.

Księżniczka z bajek Disneya

Jonna ostrzega nas, że jeśli chcemy stać blisko niej, musimy uważać na uszy, bo mieszczańskie bębenki rzadko rejestrują takie dźwięki. Po chwili staje na wzniesieniu i zaczyna swoje przedstawienie, niczym operowa diwa. Nasza ekscytacja dodaje jej animuszu. Doskonale wie, że za chwile będą działy się rzeczy baśniowe, które dla nikogo spoza jej świata, nie mogą być obojętne. Zaczyna nawoływać swoją Gwiazdę („Stjärna, kom då” – „Gwiazdo, przyjdź”), a jej donośny głos wraca do nas echem. Jej śpiew niesie za sobą coś magicznego. Brzmi tak, jakby wymawiała starożytne zaklęcia, zainspirowana usłyszanym w oddali joikowaniem, śpiewem ludu Sami. Momentami jej głos zawiesza się w powietrzu, przypominając wysokie tony tyrolskiego jodłowania. Z podobnych technik korzystały północnoamerykańskie ludy tubylcze w swoich okrzykach bojowych. Pewnie dlatego dzieci z sąsiedztwa, naśladując kulning Jonny, wyobrażały sobie, że są Indianami.

Z drugiej strony pastwiska natychmiast pojawia się odpowiedź. Kilka krów zaczęło radośnie ryczeć. Stjärna rusza jako pierwsza, powoli i z gracją. To do niej przecież zwraca się Jonna. Zaraz za nią, po kolei, zaczynają maszerować inne krowy, jest ich około dziesięciu. Robi się coraz głośniej. Głos Jonny przeplata się z ryczeniem krów, które zaczynają nawoływać siebie nawzajem. Zza wzgórza wychylają się kolejne i cała krowia fala rusza na nas. Niektóre z nich zaczynają gnać przed siebie, skacząc przez kępy wysokich traw. Jonna stoi na wzniesieniu. Wygląda jak księżniczka, wyciągnięta wprost z bajki Disneya. Ile znamy takich, które swoim śpiewem przywoływały do siebie kolorowe ptaki? Wokół nas robi się tłoczno. Krowy dają się Jonnie głaskać, liżą ją po rękach. Żadna z nich nie chce się jednak zbliżyć do mnie. Patrzą spode łba, nieufnym wzrokiem, muczą nieprzyjaźnie. Jedynie Stjärna odwzajemnia moje zainteresowanie i daje się podrapać za uchem. Dziś to właśnie ona jest przywódcą krowiego stada. Jest najstarsza i największa ze wszystkich krów. Jej towarzyszki już niedługo zaczną opuszczać radosne pastwisko, by dołączyć do swoich matek w mleczarni, by podzielić ich smutny los. A ona będzie tu już zawsze, bo tutaj jest jej dom. Wierna i zakochana w swojej przyjaciółce, codziennie spogląda w kierunku jej domu. Bo Jonna nie jest jej właścicielką. Ich relacja, poza gabarytami, nie różni się niczym od przyjaźni człowieka z psem, a nawet przyjaźni dwojga ludzi. W oczach Stjärny widać wdzięczność i zaufanie. Nawet, kiedy całe stado znudziło się już nami i odeszło, Stjärna stała po środku pastwiska, rozdarta. Patrzyła co i rusz w kierunku Jonny i pozostałych krów. Zadzierała głowę do góry i głośno ryczała, dając znać, że wciąż tu jest i czeka. Odeszła dopiero wtedy, kiedy Jonna zniknęła jej z oczu.

Słońce chyliło się już ku zachodowi, a znad jeziora dotarł do nas zimny wiatr. Nasze brody zaczęły delikatnie drżeć. Ja zakładam na głowę kaptur, a ręce przyciskam do ciała. Jonna ochoczo ściąga buty i wchodzi do jeziora. Twierdzi, że często kąpie się tu zimą. Na tle płonącego na czerwono nieba wygląda niewinnie, niczym nimfa wodna. Kiedy ja dygoczę z zimna, ona, zanurzona po kolana w wodzie, opowiada nam o swoich marzeniach i planach na przyszłość. Chciałaby kiedyś prowadzić warsztaty z kulningu, uczyć i zarażać innych swoją pasją. Mówi, że najważniejsze już się udało, bo stać ich na to, by żyć na swoim małym odludziu. Jonna maluje obrazy, które kupuje coraz więcej osób. Fotografuje. Niedawno jedno z jej zdjęć, wykonane dosłownie za ich domem, kupiła szwedzka IKEA. Wydrukowali je na dużym płótnie i sprzedają jako dodatek do salonu. Ostatnio też Johan postawił wszystko na jedną kartę i rzucił pracę w oddalonym o 90 kilometrów Örnsköldsviku i założył mały warsztat. Robi ręcznie srebrną biżuterię. Jeśli ten biznes wypali, już nigdy nie będą musieli wracać do miasta. Bo to właśnie tu chcą być‍, założyć rodzinę i dzielić się ze światem swoim szczęściem i sztuką.

Patrzę w lusterko samochodowe i widzę za nami chmury, kłębiące się we wszystkich odcieniach niebieskiego. Niebo nie wygląda naturalnie. Wygląda raczej jak płótno francuskiego impresjonisty. Od razu myślę o niej. Myślę, że natychmiast pobiegłaby do swojej drewnianej stodoły, którą zaadaptowała na pracownię. Chwyciłaby swoje pędzle i namalowała kolejny szalony obraz, zainspirowana tym pięknym dziełem matki natury.

Dodaj komentarz