Spacerem po… Visingsö

Mógłby ktoś pomyśleć, że Szwecja to tylko Sztokholm. Taki przynajmniej wniosek nasunie się każdemu, kto zajrzy na jakąkolwiek stronę Polaków w Szwecji. Tylko Sztokholm i okolice… A przecież Szwecja jest ogromna: długa i… jeszcze dłuższa. A kolebką szwedzkości wcale nie jest ani Sztokholm, ani nawet Sigtuna.

Szwecja narodziła się na terenie dzisiejszego powiatu Skaraborg, na równinie leżącej pomiędzy dwoma ogromnymi jeziorami Väner i Vetter. Legenda mówi, że chrzest Szwecji miał miejsce w małym kościółku w Husaby (obecnie gmina Götene w regionie Västra Götaland), a przyjmującym ten chrzest był Olaf Skötkonung – wnuk polskiego władcy Mieszka I. Pierwsi biskupi szwedzcy mieli siedzibę w oddalonej o około dwadzieścia kilometrów Skarze. Sto lat później, na tym właśnie obszarze miały miejsce wydarzenia opowiedziane w filmie “Arn”. Jednym z miejsc pokazanych w tym filmie jest wyspa Vising (po szwedzku Visingsö gdzie ö oznacza wyspę) na Vetter.

25B

Jak na prawdziwych “globtrotuarów i oberżyświatów” przystało wymyśliliśmy sobie motyw przewodni naszej wycieczki, którym był właśnie film ARN. Plan był taki: spotykamy się przy promie na wyspę, idziemy do riun zamku, potem wracamy wespół w zespół, udając się do domu kolegi, gdzie wspólnie oglądamy wyżej wymieniony film. My to znaczy: niżej podpisana, jej mąż Marcin oraz kolega Adam wraz z koleżanką Agatą. Umawialiśmy się na tę wycieczkę od wiosny. Ale wiosną nie było czasu, potem byli goście, potem dużo pracy, potem ktoś chorował, a potem przyszło lato. Latem jak wiadomo nie ma czasu na wycieczki, bo się nam urlopy nie zgrywają, a lato szwedzkie krótkie i kapryśne jest. Potem szybko przyszła jesień i bolesny powrót do szwedzkiej codzienności. Wyznaczony termin przesuwaliśmy jeszcze tylko dwa razy by wreszcie ustalić ostateczną datę: 26 listopada 2016 .

Piękna data, dzień po moich imieninach.

– Może być zimno – ostrzegałam.
– I na promie może bujać – dodał mój mąż.
– Ojej, a czy te promy to kursują o tej porze roku? – zaniepokoiliśmy się razem. Końcówka listopada to nie jest szczyt sezonu turystycznego. Nie w Szwecji w każdym razie.

Cohrs_Visingsö_1928

Promy kursowały. Przybyliśmy do Gränna pierwsi. Chwilę po nas dotarli Adam z Agatą. Padliśmy sobie w objęcia, bo od naszej ostatniej wycieczki upłynęło jakieś pół roku. A potem ruszyliśmy w kierunku Näs, po drodze opowiadając sobie wzajemnie to, czego udało nam się dowiedzieć o historii wyspy i władców ją zamieszkujących.

Zaludnianie wyspy na Vetter zaczęło się co najmniej w epoce żelaza, a jezioro pełniło przez wieki rolę „autostrady”. Tędy prowadziły szlaki handlowe z północy na południe oraz ze wschodu na zachód.  Siłą rzeczy wyspa na Vetter, Visingsö, stała się miejscem, gdzie ludzie chętnie się zatrzymywali by odpocząć, spotkać się z innymi lub przeprowadzić transakcje handlowe. Nic też dziwnego, że wyspę obrał za swą siedzibę któryś ze Sverkerów, najprawdopodobniej Sverker Starszy. Zbudowany z kamienia zamek, osadzony na południowym czubku wyspy zapewniał bezpieczeństwo, gdyż nadciągający równiną wrogowie byli widoczni już z daleka. A jak wiadomo, bycie królem w owych czasach było cokolwiek ryzykowną profesją i średnia przeżywalność nie była zbyt imponująca: pomiędzy rokiem 1130 a 1249 przez tron przewinęło się aż jedenastu władców z rodów Sverkerów oraz Erików.

Knut Eriksson dochodzi do władzy

Tak się zatem panowie nawzajem mordowali aż do do władzy doszedł Knut Eriksson, który okazał się jednym z najmocniejszych władców średniowiecza, a któremu udało się przeżyć jako król aż 29 lat. Pewnie między innymi dlatego, że przez kilka lat po dojściu do władzy skrupulatnie przeczesywał kraj w poszukiwaniu krewnych Sverkera, których następnie mordował. Sverkerowie oczywiście nie pozostawali dłużni… Kres tej międzyklanowej rzezi położył ślub Sepleniącego i Kulawego Erika Erikssona z wnuczką Sverkera Młodszego, Katariną. Erik okazał się słabym władcą i po jego śmierci korona królewska trafiła na skronie niejakiego Valdemara, syna pewnego jarla. Owym jarlem był, ni mniej ni więcej, tylko Birger Magnusson i to on tak naprawdę rządził państwem. I to prawdopodobnie jemu zawdzięczamy przeniesienie stolicy z Visnigsö w inne miejsce, mniej więcej w połowie XIII wieku.

51C

Taka to była historia.

Teraz, w ten dość pogodny i ciepły (jak na koniec listopada) dzień, niewiele zostało śladów po tamtych wydarzeniach. Drogowskazy, Dąb Sverkera, który okazał się być całkiem innym dębem, zasadzonym jedynie na miejscu tamtego właściwego, no i ruiny oddalone od portu o jakieś sześć kilometrów. Teren był równy, płaski, dookoła nas puste pola, porozrzucane tu i ówdzie domostwa. W sadach czerwieniły się zapomniane jabłka, w wyschłych trawach hulał wiatr. Z daleka widać było migoczący w bladym słońcu przestwór wody. Szliśmy sobie bez pośpiechu, czasem mijało nas jakieś auto, kilka razy minęliśmy grupę wracających wycieczkowiczów. Pod koniec trasy, gdy droga coraz bardziej zbliżała się do krawędzi wyspy, a my wciąż nie widzieliśmy naszego celu, poczuliśmy się nieco zaniepokojeni.

Adam wyciągnął swój super-wypasiony telefon, włączył nawigację i tak nawigował nas do miejsca w którym… Agata umarła najpierw z oburzenia, a potem ze śmiechu.

– To jest to? To jest TO? – dopytywała się nie mogąc uwierzyć, że ta ledwie widoczna kupka kamieni jest owymi ruinami zamku.

66F

Rzeczywiście: ruin zamku w Chęcinach to nie przypominało. Zaledwie skrawek murów obronnych na krawędzi wyspy, jedna komnata przypominająca jaskinię i… tyle. Obok tych smutnych resztek dawnej świetności stała tablica pokazująca jak mniej więcej to naprawdę wyglądało. Rozeszliśmy się w różnych kierunkach szukając ducha dawnych czasów.  Wyjrzałam przez okno ostatniej zachowanej komnaty. Turkusowe wody Vetter lśniły w promieniach listopadowego słońca, szumiał wiatr, woda chlupała o kamienie. Przez chwilę zdawało mi się, że słyszę skrzypienie drewnianych wioseł, łopot płóciennych żagli, podmuch wiatru przyniósł dźwięk podobny do stukotu końskich kopyt.

Otworzyłam oczy. To Marcin niechcący kopnął jeden z kamieni na brzegu.

– Chodźcie, napijemy się herbaty, tutaj tak nie wieje – zawołałam. Zjedliśmy kannelbullar, wypiliśmy gorącą herbatę i ruszyliśmy w drogę mimo wszystko dość usatysfakcjonowani. Tylko Agata sarkała, że co to za ruiny, że kupa kamieni, że ci Szwedzi to byle większy kamień znajdą to już się nim chwalą…

– Agatka, przyjdzie wiosna, pojedziemy gdzieś indziej – pocieszył ją Adam.
– A będą tam prawdziwe ruiny?
– Będą – obiecałam jej solennie.

 

Autorką zdjęć i relacji jest
Kasia
autorka bloga Contrasty

 

Praktyczne wskazówki:

Na Visingsö można dostać się promem, który odpływa z miasta Gränna. Podróż trwa około 30 minut. Bilet dla dorosłej osoby pieszej kosztuje 50 koron, dla dzieci (6-15) 25 koron. Jest też opcja familjerabatt  – dwójka dorosłych i trójka dzieci zapłaci 115 koron.
Zrzut ekranu 2018-01-19 o 16.58.04
Zrzut ekranu 2018-01-19 o 16.59.08

Przydatne linki:

https://www.visingso.net/
https://jkpg.com/en/visingso/


Chcesz, aby Twoja relacja znalazła się w dziale „Waszymi oczami„? Napisz na pofikasz@gmail.com!
Upewnij się, że jesteś członkiem naszej małej, szwedzkiej społeczności na Facebooku!

Dodaj komentarz